Join for FREE | Take the Tour Lost Password?
Shop deviantART for the
holidays and save BIG!
Click here! :holly:
[x]

deviantART

:turbopoke:
 

Piesn potepionych: Rozdzial I by ~XYureiX:iconXYureiX:



„To są ziemie żywych trupów,
Czyż nie widzisz, że wszyscy nie żyją?
To ziemie bezmyślne,
Zanurzone w krwi, ogniu i kłamstwie.
Spotkałem żołnierza, dał mi radę:
Nie oglądaj się za siebie, pal mosty za sobą,
Nie ma czasu, by się zastanawiać,
Oni nie należą do gatunku ludzkiego .

Wyszarpnij broń – strzelaj w głowę!
To są ziemie żywych trupów!
Wyszarpnij broń – oni są szaleni!
To są ziemie żywych trupów.

Próbują mnie dopaść, próbują mnie pogryźć,
Próbują sprawić bym był jednym z nich.
Nie wiem czy dam radę dalej walczyć,
Nie podoba mi się broń w mej dłoni.
Podnieś głowę nad kolczasty drut,
Sądzę, że tym razem nie zdołamy wygrać.
Unikaj tłumów i otwieraj ogień,
Spróbujemy uciec, choć szanse są marne.”


Red Union – Ziemie żywych trupów


Rozdział 1: Nadzieja matką głupich?

Gdyby ktoś, kiedyś zapytał, jak według mnie wygląda apokalipsa, odpowiedziałbym mu, by w tej chwili wyjrzał przez okno. Niech spojrzy na górujące nad miastem wieżowce, niegdyś pełne doskonałego piękna i majestatu, teraz zaś, te obdrapane budynki z powybijanymi szybami, stanowią świadectwo naszej porażki. Naszej nadchodzącej śmierci. Powiedziałbym: „spójrz na ulicę, przyjacielu, oto ona”. Pokazałbym mu jezdnię, zasypaną tysiącami ulotek o skażeniu biologicznym, a potem wskazał wbity w ścianę pomarańczowy autobus szkolny, dookoła którego, niczym mrówki, biegają „oni”. Niech ten ktoś posłucha, jak wyją, wchodząc do środka. Niech usłyszy piski i wrzaski dziewięcioletniej dziewczynki, która właśnie została wyszarpnięta przez tylną szybę autobusu. Niech zobaczy... Zobaczy, jak rzucają się na nią, małą, bezbronną, łkającą o pomoc. Dziewczynka szarpie się, kopie nogami, ale ich silne ramiona przyciskają ją do ziemi. Wrzeszczy z bólu, gdy tępe zęby rozszarpują jej dziecięce, nierozwinięte jeszcze, ciało. Jasne było, że w autobusie jest więcej dzieci, ale nie mogliśmy nic zrobić, tylko patrzeć, jak „oni” wdzierają się do środka.
Współczuję tym dzieciom, jednak w głębi serca wiem, że lepiej by to były one, niż ja. Spoglądam, na stojącą obok mnie, Kath. Jej błękitne oczy zawsze są pełne łez, kiedy stoi przy oknie. Chwytam jej roztrzęsione dłonie i obejmuję ją w ciszy. Czuję, jak moja czarna koszula nasiąka jej ciepłymi łzami, a ona sama trzęsie się w moich ramionach.
- Nie mogliśmy nic zrobić – mówi Max, stojący przy drugim oknie. Chciałbym na niego warknąć, nie zgodzić się, jednak wiem, że ma rację. Kath także o tym wiedziała. Chyba potrzebowała tych słów, bo natychmiast przestała płakać i uwalniając się z moich ramion, podeszła do stołu. Zmęczona padła na krzesło i położyła ręce na stole. Milczała.
- Max, nie możemy tu zostać – powiedziałem, mając nadzieję, że w moim głosie więcej jest zdecydowania, niż strachu – Musimy spróbować, po raz kolejny, nawiązać kontakt radiowy z innymi ocalałymi.
Max otworzył usta, po chwili jednak je zamknął i obrócił głowę w kierunku okna. Milczał.
- Zaczyna brakować nam żywności, wody – kontynuowałem – jeśli tu zostaniemy, za kilka dni nie będziemy mogli chodzić o własnych siłach, o bronieniu się już nie wspomnę. Musimy ruszać, nie możemy tu, kurwa, zostać.
Max Shepard, bo takie nosił nazwisko mój przyjaciel, był rosłym, czarnoskórym mężczyzną, którego poznałem kilka dni temu. Przeznaczenie chciało, że wpadliśmy na siebie, akurat w chwili, gdy jeden z „nich” zaatakował mnie, wyskakując jak opętany z pobliskiej uliczki. Max uratował mi wtedy życie, rozbijając mu głowę wielkim, żelaznym kluczem francuskim. Z jego późniejszych opowieści, dowiedziałem się, że jest mechanikiem, który przyjechał tutaj z zamiarem wykupienia starego warsztatu Oldfieldów, od dawna zamkniętego, z powodu śmierci ostatniego właściciela. Pech chciał, że trafił tutaj w nieodpowiednim czasie. Jednakże gdyby nie on, nie byłoby mnie tu, gdzie teraz stoję. Od tamtej pory trzymaliśmy się razem, we dwójkę, dopiero potem, dołączyła do nas Kath.
- SOS, SOS, potrzebujemy pomocy, czy ktoś tam jest? Odbiór. – z zadumy wyrwał mnie miękki głos Kathryn, która po raz kolejny próbowała nawiązać kontakt z innymi ocalałymi. Patrzyłem, jak nadaje przez radio, znajdujące się w mieszkaniu, które szczęśliwym dla nas trafem było jedną z nielegalnych rozgłośni radiowych. Kathryn powtórzyła wezwanie, zaciskając rękę na mikrofonie.
- To nie ma sensu... - skwitował Max podchodząc do mnie, drapiąc się po karku – Gdzie chcesz iść? Nie mamy nawet pewności, że poza nami ktokolwiek jeszcze żyje.
Uparty sukinsyn, pomyślałem i zacisnąwszy dłonie w pięści, przymknąłem oczy oraz wziąłem głęboki oddech, by się uspokoić. Ile razy nie poruszałem tego tematu, zawsze zostawałem zbywany tym samym, podłym pytaniem: „Gdzie chcesz iść?” Prawda była taka, że nie wiedziałem dokąd moglibyśmy się udać. I właśnie ta niewiedza, bezsilność jaką odczuwałem, gdy o tym myślałem, doprowadzała mnie do szału. Jedyne z czego zdawałem sobie sprawę to to, że jeśli tu zostaniemy, prędzej czy później po nas przyjdą. I wtedy już nie będzie drugiej szansy, nie będzie gdzie uciekać. Właśnie zamierzałem wykrzyczeć mu to w twarz, kiedy przez fale zakłóceń, jakie odbierało radio, przedarł się ożywiony, kobiecy głos. Z początku ciężko było cokolwiek zrozumieć, jednak, kiedy Kathryn pokręciła trochę potencjometrem, usłyszeliśmy, wszyscy, wyraźnie:
„Tutaj farma, czy mnie słyszysz? Odbiór”.
Przez chwilę staliśmy sparaliżowani, nie wiedząc, co właściwie powinniśmy zrobić. Od tygodnia desperacko staraliśmy się znaleźć innych ocalałych, a kiedy przyszło co do czego, nie wierzyliśmy własnym uszom. Przebudzona z otępienia Kathryn, pchnęła do mnie mikrofon. Podniosłem go ze stolika i przyłożyłem do ust. Zawahałem się. Co właściwie miałem powiedzieć? Przedstawić się? Powiedzieć, gdzie jesteśmy? Prosić o pomoc? O wskazówki?
- Powiedz coś do cholery – szepnęła z naciskiem Kathryn, a jej dłoń zacisnęła się na moim ramieniu. Byłem tak zestresowany, że nie zauważyłem nawet, kiedy wstała.
„Tutaj farma, czy mnie słyszysz? Odbiór”.
Wziąłem głęboki oddech.
- Tutaj ocalali z Ghost Town, słyszymy was, odbiór. - powiedziałem szybko i spojrzałem na Maxa, który patrzył wielkimi oczyma na radio, jakby wierząc, że jest boskim instrumentem, dzięki któremu wszyscy dostąpimy zbawienia.
„Ile was jest?”
- Troje.
Dłuższa cisza.
„Posłuchajcie mnie. Jeśli jesteście z Ghost Town, to macie dużo szczęścia. Nasza farma jest nieopodal was, jakieś 20 mil na południe. Możecie spróbować przedrzeć się do nas międzystanową, ale ta prawie na pewno będzie zablokowana. Jest też boczna droga, dłuższa, jednakże bezpieczniejsza. Możecie się na nią dostać, jadąc...”
Zaszeleścił dźwięk rozkładanego papieru.
„jadąc... hmmm... w dół Ghost Town, na głównej ulicy musicie skręcić w French avenue, stamtąd prosta droga do wyjazdu z miasta. Gdy wyjedziecie, kierujcie się na Benettville. Mniej więcej w połowie...”
Niespodziewanie usłyszeliśmy trzask i zapadła cisza. Przyłożyłem, raz jeszcze, mikrofon do ust i zawołałem:
- Farma, farma, czy mnie słyszysz? Odbiór. - jedyną odpowiedzią jaką uzyskałem, był monotonny szum fal radiowych. Zrezygnowany, odłożyłem mikrofon na stół i usiadłem na krześle.
- Co robimy? - zapytała Kathryn, siadając naprzeciwko mnie. Podniosłem niechętnie wzrok, by spotkać zmęczone spojrzenie jej błękitnych oczu. Nieustanne wycie zarażonych za oknem, od kilku dni nie dawało jej zasnąć. Jakiś czas temu zaoferowałem jej zatyczki do uszu, które zabrałem z jednego ze sklepów. Odmówiła, tłumacząc, że jeśli wtargną do środka, nie będzie w stanie niczego usłyszeć. Kathryn była kolejny powodem, dla którego nie mogliśmy tutaj zostać.
Posłałem jej troskliwe spojrzenie, zaś ona odpowiedziała tym samym, smutnym uśmiechem, jakim obdarzała nas od kiedy ją znaleźliśmy. Dziwne... ani Max, ani Ja, nigdy nie zapytaliśmy jej, jak znalazła się w tej budce telefonicznej, w której schowała się, przed jednym z nich. Jeśli będę miał jeszcze okazję, z chęcią zadam jej to pytanie. Teraz jednak, trzeba było się zająć sprawami ważniejszymi. Obróciłem się w stronę Maxa:
- Jak stoimy z żywnością?
- Mamy kilka konserw i puszek fasoli – powiedział kładąc je na stole. Wziął głęboki oddech – Miałeś rację... Nie starczy na dłużej, niż kilka dni. W obecnej sytuacji, jedynym rozsądnym rozwiązaniem będzie ruszyć w stronę farmy.
Obaj spojrzeliśmy na Kath, która ze spuszczoną głową nerwowo skrobała blat stołu.
- Zróbmy to – powiedziała w końcu – Po prostu to zróbmy.
Chwilę potem, razem spoglądaliśmy na mapę miasta i okolic. Dziękowałem Bogu, że zamiast wydania trzech dolarów na piwo, zrobiłem raz w życiu coś pożytecznego i kupiłem tę cholerną mapę. Żałowałem tylko, że kupiłem tylko jedną. Chryste, gdybym wiedział, zastawiłbym dom, kupił karabiny, pistolety, strzelby i siedział na górze naboi, więc nie ma co myśleć, co by było, gdyby. Kathryn szybko odnalazła wspomniane przez radio drogi i przejechała palcem po obu trasach. Faktycznie, międzystanowa 35tka była najszybszym sposobem dostania się w pobliże Benettville, jednakże najniebezpieczniejszym. Drogą z French Avenue musielibyśmy nadłożyć trochę mil, ale po drodze nie było żadnych miasteczek i wsi. Jedynie mała stacja paliw Shell. Max wyprostował się.
- Powinniśmy zaryzykować międzystanową – powiedział.
- Nie – odparłem, podnosząc głowę z nad mapy – To zbyt ryzykowne.
- Nicholas ma rację – niespodziewanie poparła mnie Kathryn - – Prawdopodobnie wszyscy, którym udało się uciec, wybrali międzystanową. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że któreś z uciekających było ranne, a na pewno było, mogło dość do wypadku, który zablokował całą międzystanową. Prędzej czy później, możemy trafić na blokadę. Nie muszę ci chyba tłumaczyć, Max, kto tam będzie na nas czekał i jak dużo ich będzie. Droga z French Avenue jest mało uczęszczana, przez co znacznie zmniejsza szansę na spotkanie kogoś, kto może nas zaatakować.
- Mimo wszystko, pozostaje problem transportu – powiedziałem, przełykając ślinę - Nie mamy szans, byśmy na piechotę przeszli dwadzieścia mil.
- I tu cię mam! - mechanik ożywił się i zaczął sprawdzać kieszenie. Chwilę później przeklął, uderzając się otwartą dłonią w czoło. Wyglądał tak, jakby miał zaraz poderżnąć sobie gardło maszynką do golenia – Kurwa, po prostu nie wierzę...
Wymieniliśmy z Kathryn spojrzenia, po czym ona zadała to, nurtujące nas, pytanie:
- Co się stało?
- Przed warsztatem zostawiłem hummera, którym tu przyjechałem. Zatankowałem go zaraz przy wjeździe do miasta – powiedział, po czym dodał zażenowanym głosem – myślałem, że wziąłem kluczyki ze sobą, ale musiałem je zostawić w stacyjce.
Podniosłem się z krzesła i ruszyłem w kierunku kuchni, by nalać sobie szklankę wody.
- Jak daleko jest stąd, do warsztatu? - zapytałem, podchodząc do baniaka i przechylając go ostrożnie. Zawsze gdy to robiłem, trzęsły mi się ręce. Bałem się, że szklanka zaraz się przewróci, a ja zmarnuję, tak cenną, zebraną przez nas deszczówkę. Sam pomysł zbierania deszczówki do misek podsunął mi pewien film, który kiedyś oglądałem. Jeśli to przeżyję i ktoś mi powie, że oglądanie horrorów na nic się nigdy, nikomu nie przydało, przysięgam, wyśmieję go.
- Dwie przecznice.
- To nie tak daleko – oceniła szybko Kath – ...jeśli potraficie szybko biegać.
Odwróciłem się w ich kierunku popijając wodę ze szklanki.
- Myślę, że powinniśmy spróbować.
- Zaraz! Przecież nawet nie wiemy, czy mój hummer nadal tam stoi!
Odłożyłem szklankę.
- A mamy jakiś inny wybór?
©2009 ~XYureiX
:iconxyureix:

Author's Comments

Tłumaczenie piosenki: AT (czyli ja :P)
Korekta: Necraria

Comments


love 0 0 joy 0 0 wow 0 0 mad 0 0 sad 0 0 fear 0 0 neutral 0 0
:iconconreeaght:
Wczoraj przeczytałam, ale dziś piszę XD

Dobrze napisane, fajnie się czyta, choć to nie moje klimaty są raczej. Z resztą wiesz o tym :P
Hm, jest kilka rzeczy, których bym się mogła przyczepić, ale to drobiazgi językowe, musiałabym jeszcze raz przeczytać ^ ^;;;

--
"Yet each man kills the thing he loves"
Oscar Wilde
:iconxyureix:
Wiem, że nie twoje klimaty, ale zależało mi na twoim zdaniu - jeśli nie fabularnie, to właśnie pod względem estetycznym :)

--
"In his house at R'lyeh dead Cthulhu waits dreaming."
H.P. Lovecraft
:iconconreeaght:
^^; no to już wiesz, w sumie to czekam na dalsze rozdziały ;P

--
"Yet each man kills the thing he loves"
Oscar Wilde
:iconxyureix:
Da się zrobić, siostro ;*

--
"In his house at R'lyeh dead Cthulhu waits dreaming."
H.P. Lovecraft
:iconconreeaght:
To czekam, bratomruku XP

--
"Yet each man kills the thing he loves"
Oscar Wilde
:iconnemesisdestrodareal1:
To zdecydowanie moje klimaty :D fajnie udało Ci się jak do tej pory ( mówię też o nastę;pnych rozdziałach) zrównoważyć to wszystko by było i trochę akcji i chwilę na spokój, jednakże mimo to że postaci "tylko sobie rozmawiają" to nadal czuć tą aurę beznadziejności sytuacji w jakiej znajdują się bohaterowie, być może przez to że tyle naoglądałem się filmów o żywych trupach to bardzo łatwo mi zobaczyć oczyma wyobraźni opisane przez Ciebie, świetna robota :)

--
"If The Rock hits you, he'll kill you. If he misses, the wind behind the punch will give you pneumonia so you will die anyway" The Rock

Details

March 30
15.9 KB

Statistics

6
2 [who?]
63 (0 today)
0 (0 today)

Site Map